Rozdział Szósty

Obudziłam się spocona i cała rozdygotana. Koszmar. To źle. To bardzo źle! Od dawna nie miałam złych snów! Zerknęłam na zegar. 6 rano! Mam prawie 5 godzin do treningu, a wiem że już nie zasnę. Wstałam szybko i się zebrałam w błyskawicznym tempie. Cała drżałam i musiałam się uspokoić więc jak już tylko się zebrałam to poszłam biegać. Musiałam wyrzucić słabość z mojej głowy. Boże obudziłam się przerażona! Boję się, że to jest jakieś przeczucie. Ostatnio było podobnie. Śnił mi się koszmar, byłam cała wytrącona z równowagi i miałam wypadek na Devilu. Muszę się uspokoić jak najszybciej. Biegłam przez pusty park za moją kamienicą i starałam się zwrócić uwagę na okolicę.
Oglądałam jak miasto się budzi do życia. Przywiązałam się do tego miejsca… może nie musimy wyjeżdżać gdzieś daleko? Może są w okolicy wolne parunasto hektarowe pola? Coś wymyślę. Muszę tylko uzyskać opinię mojego prawnika, potem złożyć wniosek do sądu, porozmawiać z Mią i czekać na rozprawę. O Boże, oby się wszystko udało!
Na stajnie przyjechałam dwie godziny przed treningiem. Dalej byłam podenerwowana i chodziłam jak na igłach. Wzięłam więc Devila na spacer po lesie i liczyłam na chwilę odprężenia, ale Matt prowadził trening na crossie czyli zaraz obok mnie, a mój ogier zaczął się denerwować więc stwierdziłam, że to nie ma sensu. Wcześniej go wyczyściłam i ubrałam, a czas który mi pozostał poświęciłam na zabezpieczeniu siebie i konia. Mam zły dzień, złe przeczucia. Boje się. Devilowi posmarowałam nogi pod klatkę piersiową i ubrałam gruby porządny popręg z fartuchem. Czaprak też miał pare warstw, a podkładka pod siodło była elastyczna. Wędzidło odbezpieczyłam, w razie gdyby się o coś zaczepił byłaby możliwość, żeby się zapięcie odpięło. To samo zrobiłam ze strzemionami. Na siebie założyłam kamizelkę do crossu, ochraniacze na nadgarstki i kolana, a na głowę najtrwalszy kask jakikolwiek miałam. Włożyłam też sztywne rękawiczki i mocne skórzane oficerki. Jak wyszłam na ujeżdżenie to widziałam już minę Bobby’ego. Wskazał na słuchawkę więc szybko się z nim skontaktowałam.
- Czemu się tak uzbroiłaś? – nie mam zamiaru pokazać jak bardzo się denerwuję.
- Bo dzisiaj jest trening na szybkość, a ja będę spokojniejsza jak siebie i Devila tak zabezpieczyłam. – chyba to przełknął. Przez następne pół godziny powoli się rozprężałam przyzwyczajając się do założonych na siebie ochraniaczy.
- Phoebe jedź szereg. – rozkazał mi Matt po rozprężeniu na mniejszych przeszkodach. Szereg mierzył 120 cm, a ja się tego jeszcze nie obawiałam. Pięknie pokonaliśmy pierwsze przeszkody. – Dobra masz ustawiony parkour na 140 cm. – podał mi kolejność i powtórzył jeszcze dwa razy dopóki nie zapamiętałam tego. W skład przeszkód było też wliczone wzniesienie mające 3 metry wysokości. Devil musi z niego zeskoczyć, a później się jakoś wdrapać.
Po przejechaniu linii startu pochyliłam sie lekko prawie niezauważalnie do przodu i ścisnęłam mocniej łydki. Ogier odebrał to jako przyspieszenie i momentalnie zareagował. Pierwsze przeszkody były w miarę łatwę, ale 4 pod rząd były ustawione praktycznie koło siebie i po pokonaniu każdej po kolei musiałam praktycznie obracać Devila w powietrzu. Nic nie puknął nic nie zrzucił, a mnie nawet na chwilę nie wyrzuciło z równowagi. Nadszedł czas na zeskoczenie z wzniesienia. Wjazd zajmuje 4 foule, a jeżeli się dobrze odliczy, koń może sie ześlizgnąć. Po pokonaniu wzgórza jedna foula dzieliła następną przeszkodę którą był drewniany płot. Wylądowałam głośno oddychając z ulgi, a potem ruszyłam szybciej na kolejną kombinację szeregów po skosie. Póki co było idealnie. Trenerzy stali przy łagodniejszym zjeździe z wzgórza, więc nie stresowałam się tak strasznie. Przeskoczyłam przez płot i usłyszałam krzyk.
- Nie wjeżdżaj na wzniesienie!! – krzyczał Matt.
- Stój!! – szarpałam się z Devilem, ale to nic nie dało. Ogier już wskoczył na górę i bum. Nie wiedziałam co się dokładnie stało, ale widziałam jak Devila taranuje potężny kasztan i jak razem z dwoma końmi spadam z trzymetrowej góry. Nic, nawet doświadczenie w upadkach, nie pomogło mi załagodzić uderzenia. W momencie jak zdeżyłam się z ziemią, całe powietrze ze mnie wyparowało, a przed oczami zrobiło mi się czarno. Straciłam przytomność.

Podniosłam powieki gdy ktoś zaczął krzyczeć imię mojego konia.
- Złapcie go! Trzeba Devila odciągnąć od jej! – nie rozpoznawałam głosu, bo słyszałam jak przez ścianę. Lekko przekręciłam bolącą głowę i ujrzałam czarnego groźnego konia atakującego trenerów…
Nie zastanawiając się uniosłam palce do ust i gwizdnęłam głośno. Patrząc się w niebo czekałam tylko pare sekund, zanim nade mną pojawił się czarny cień. Devil przybrał pozę psa obronnego i nie chciał nikogo do mnie przepuścić.
Czułam się słaba, a głowa bardzo mnie bolała. Musiałam jak najszybciej wstać i sprawdzić co z koniem. Ignorując ból powoli wstałam do klęczenia i zacząłem oglądać nogi ogiera. Nic podejrzanego nie zauważyłam, ale jak wolno i chwiejnie się podniosłam na nogi zauważyłam przepołowione siodło. Cholera. Drżącymi rękami odpięłam popręg, oraz odbezpieczyłam napierśnik i pozwoliłam, żeby pozostałości po skokówce spadły na ziemię.
- Phoebe ktoś musi Cię obejrzeć. – słyszałam za sobą cichy głos Matta. Nie zwróciłam na to uwagi, tylko rozpięłam kamizelkę, która mnie gniotła, tak samo jak ochraniacze na nadgarstkach i kolanach. Cała drżałam z adrenaliny i stresu. Gdy Devil miał na sobie tylko ogłowie przystąpiłam do rutynowego badania kręgosłupa. Wszystko w porządku. Upf.. Na razie.
Na chwiejnych nogach wdrapałam się na grzbiet konia i obejrzałam się wokoło. Świat wirował.
- Matt mógłbyś ustawić mi mniejszą stacjonatę? Jeżeli nic nie przeskoczę nie przełamię się. – mówiłam cicho, ale wiedziałam, że mnie usłyszą. Trener ustawił mi przeszkodę na wysokości maks 90 cm. Przesadził. Mówiłam o mniejszej, a nie małej, ale stwierdziłam, że nie będę się teraz z nikim kłócić.
Z kamienną twarzą ruszyłam galopem wprost na przeszkodę. Devil równo skoczył więc skierowałam się na oksera o wysokości 150 cm. Przed wybiciem zakręciło mi się w głowie, ale chwyciłam się grzywy i jakoś przez to przebrnęłam.
Było mi nie dobrze i strasznie kręciło mi się w głowie. Zamknęłam oczy odchylając się do tyłu. Momentalnie Devil zwolnił. Nie mogłam zemdleć. Nikt się do mnie nie zbliży, jeżeli stracę przytomność. Ale było mi tak słabo… Obejrzałam się na trenerów i ujrzałam osobę która w tym momencie uratowała mi życie.
Widząc naszą panią weterynarz wiedziałam, że jeżeli stracę kontakt ze światem rzeczywistym, tylko ona będzie mogła złapać ogiera… i z tą myślą zsunęłam się na twardą ziemię po raz kolejny tracąc przytomność.

Obudziłam się w szpitalu. Nic tak naprawdę poważnego mi nie było, oprócz wstrząśnieniu mózgu i potłuczeniu prawej strony na którą upadłam z wzniesienia. Wypisali mnie od razu gdy stwierdzili, że jestem w pełni poczytalna. Bobby powiedział, że odwiedzi mnie na następny dzień, a tym czasem siedziałam w sportowym aucie Matta. Był zły.
- Co z tym kasztanem? – zapytałam cicho z zamkniętymi oczami. Dowiedziałam się, że ten koń należał do konkurencyjnej drużyny. Jego jeździec spadł rozprężając się blisko wzniesienia. Ogier uznał drogę na górę jako ucieczkę, ale inaczej się to skończyło.
- Przeżyje. – jego głos był zimny.
- O co chodzi? Devil jest zdrowy prawda? Kasztan też nie ucierpiał, a przecież nie należy do naszej reprezentacji, a mi wystarczy dzień i stanę na nogi. – dalej nie otwierałam oczu. Byłam wyczerpana.
- Nie wydaje mi się, żeby wystarczył Ci jeden dzień. – Spojrzałam na niego.
- Nie jestem osobą która odpuszcza…
- Nie pojedziesz na te zawody. – przerwał mi. Uniosłam obolałe brwi.
- Niby dlaczego? – teraz on spojrzał na mnie prychając pod nosem.
- Widzę, że nie masz żadnego szacunku do zdrowia swojego i konia. – zagryzłam wargę, żeby nie wybuchnąć złością.
- Jeszcze mi powiedz, że powinnam zrezygnować z olimpiady. – warknęłam.
- Nie powiedziałem tego. – przerwał na chwilę. – Wiedziałaś, że dziś się coś może stać. Dlaczego do cholery nic nie powiedziałaś? – a więc o to mu chodzi? Przejmuje się wypadkiem?
- Nie jestem jasnowidzem…
- Mimo to założyłaś na siebie kamizelkę, mimo to zabezpieczyłaś konia.
- Miałam jechać parkour szybkościowy, a my nie trenowaliśmy…
- Kłamiesz.
- Miałam złe przeczucia. – odpowiedziałam z obojętnością.
- Tak po prostu? Złe przeczucia? Cholera Phoebe! Skoro jesteśmy drużyną to powinienem o tych twoich „przeczuciach” wiedzieć. Jasne, rozumiem, że jestem nowy dla was wszystkich, ale tu chodzi o wasze życie. – warknął nisko, tak, że zadrżałam i skuliłam się w środku.
- Jesteś moim trenerem od 3 dni. Daj się człowiekowi przestawić! A po za tym Bobby’emu też nic nie powiedziałam. To głupie kierować się przeczuciem. – zauważyłam, że jesteśmy po drugiej stronie miasta. – Gdzie jedziesz?
- Do mojego domu. – uniosłam brwi i patrzyłam na niego pytająco. – Twój koń w nocy ma dwie opiekunki przy boksie, a tobą też trzeba się zająć. – o nie tego było za dużo.
- I ty będziesz moją niańką? Potrafię o siebie…
- Masz wstrząśnienie mózgu. – jeszcze raz mi ten facet przerwie, a go zabije. – To znaczy, że możesz zapaść w śpiączkę, nawet jakbyś zasnęła na 10 minut. – poczułam wstyd.
- Matt nie musisz tego robić.
- Jestem po części odpowiedzialny za to co się stało.
- Aha więc czujesz przymus, żeby nade mną czuwać? – źle to zabrzmiało. – Cholera. Odwieź mnie do domu. Broń Boże, żebym Ci zajęła sofę i cenny czas. Powiedziałam już, że potrafię o siebie zadbać więc..
- Ktoś musi się tobą zajmować.
- Do cholery przestań mi przerywać! – wybuchnęłam. – Nie lubię się narzucać i nie lubię być tam gdzie mnie nie chcą. – popatrzył na mnie i jego wzrok złagodniał.
- Przepraszam, że jestem taki. Gdybym nie chciał Ci pomóc, to załatwiłbym Ci inną niańkę. Dopiero trzy dni jestem w reprezentacji, a już jeden zawodnik trafia do szpitala. – poczułam, że złość mija.
- To nie jest twoja wina. – automatycznie zaczęłam go pocieszać. – Bobby przeżył ze mną gorsze wypadki.
- Sam kiedyś poważnie upadłem z koniem. Nie skończyło się to tak szczęśliwie jak w twoim przypadku. – Och! Tu mnie zaskoczył. Poczułam jak ogarnia mnie smutek i współczucie.
- Co się stało? – zorientowałam się, że wtykam nos tam gdzie nie trzeba i momentalnie się wyprostowałam. – Wybacz, to nie moja sprawa. – Matt zaparkował auto przed ogromnym dwupiętrowym drewnianym domem. – O matko!! – krzyknęłam zachwycona. Uwielbiam drewniane domki!
- Jeszcze nie jest skończony. – Wyszedł z samochodu i obszedł maskę, żeby jak dżentelmen otworzyć drzwi z mojej strony i chwycić mnie pod pachę. W duszy mu dziękowałam za wsparcie fizyczne, bo w życiu bym się nie utrzymała na nogach.
Weszliśmy powoli po schodach prowadzących na ganek. Otworzył drzwi i wprowadził mnie do środka. Potknęłam się o próg i bym upadła, gdyby mnie nie podtrzymał.
- Musisz się położyć. – teraz chwycił mnie pod nogami i podniósł jakbym ważyła tyle co piórko.
- Nie trzeba. – wyszeptałam walcząc z zamykającymi się powiekami. Głowa mnie tak potwornie bolała, a gdy Matt wspinał się po schodach na wyższe piętro czułam, że jestem gdzie indziej.
- Phoebe będę z tobą, słyszysz? – było coraz ciężej.
- Nie zostawiaj mnie. – szepnęłam prawie bezgłośnie i poddałam się senności.