Rozdział Piąty.

Gdy się tylko trochę ogarnęłam w lusterku w samochodzie wróciłam do domu, ale tylko po to, żeby wziąć ze sobą sportową torbę. Modliłam się, żeby na stajni nie spotkać nikogo. Po mnie zawsze widać kiedy płaczę. Mam bardzo przekrwione wtedy oczy, a policzki są zaczerwienione. W łazience jeszcze szybko sobie zakropiłam oczy, co niestety nie przyniosło żadnych efektów, oprócz łzawiących źrenic i przemyłam zimną wodą twarz. Wzięłam głęboki uspokajający oddech i wyszłam z kamienicy. Na stajni panował spokój, wszyscy wiedzieli co robić, wszyscy mieli ustalony plan. Na parkourze stał Matt z Bobbym i prowadzili trening trzem jeźdźcom. Ja nie mogę brać udziału w grupowych jazdach niestety. Musze ograniczać stres Devilowi. Na hali też jeździło pare osób, a reszta albo myła swoje rumaki, albo wyjeżdżali w teren, więc raczej nikt nie zwróci na mnie uwagi. Szybko się przebrałam w końskie ciuchy i zabrałam cały sprzęt. Siodło crossowe Kentaur Eventer II jest moim najwygodniejszym siodłem i chyba najlepszym zakupem od lat. Skokowe mam z firmy: Prestige, podobnie jak ujeżdżeniowe – którego nienawidzę, ze względu na moje przyzwywczajenia do krótkich tybinek , ale da się wytrzymać. Zabrałam ze sobą też ogłowie z nachrapnikiem meksykańskim i napierśnik, a także wysokie ochraniacze, kaloszki dla konia i kamizelkę dla mnie. Warto być zabezpieczonym. Na głowę założyłam twardy kask, a do nóg dopięłam krótkie ostrogi. Szybko zajęłam się przygotowywaniem Devila i tak samo sprawnie opuściłam stanie. Dopasowałam strzemiona i się rozprężyłam na początku części toru Crossowego. Ogier widząc przeszkody zaczął się popisywać brykając, ale robiłam to co kazał mi Matt. Było to męczące, ale chyba zaczęło skutkować. Robiłam wiele przejść z wyciągniętego kłusa do stępa, ze stępa do galopu, z galopu do stój. Pracowałam też nad zmianami tempa, oraz lotnymi. Zdecydowałam, że rozprężymy się mocniej na ujeżdżenie więc ustępowanie wplątałam w rozprężenie. Gdy stwierdziłam, że jesteśmy gotowi puściłam wodzę i pochylając się nad szyją ogiera ścisnęłam go łydkami. Wystrzelił jak z procy. Od razu przeszedł do cwału więc nie skupiał się na brykaniu tylko prędkości. Miałam wrażenie, że ciągle rozwija tempo, więc tylko chwyciłam się grzywy i pozwoliłam mu frunąć.
Czułam się wolna, czysta, spokojna. Wszystkie ciężkie emocje mnie opuściły. Byłam tylko ja i czarny jak smoła z białymi odmianami płynący po ziemi jakbyśmy się lada chwila mieli oderwać od niej i pofrunąć. Kończyliśmy pierwsze okrążenie i akurat przejeżdżałam obok ujeżdżalni. Wszyscy się na nas patrzyli. Wiatr świstał mi koło uszu, ale słyszałam jak koledzy z reprezentacji gwizdają. Do obserwujących dołączył także Bobby i Matt. Czekałam, aż da mi jakikolwiek znak, co mam robić, ale on tylko patrzył. Przelecieliśmy obok nich i zaczęło się drugie okrążenie. Teren stajni miał pareset hektarów, a cross zajmował prawię połowę i prowadził wiele dróg, ale ja jechałam tą gdzie jest możliwość przejechania obok przeszkód na linii prostej. Devil gnał co sił w nogach, a gdy zaczął dyszeć i ujrzałam pierwszą pianę zaczęłam cicho z nim rozmawiać. Mówiłam jak bardzo jestem z niego dumna i ile dla mnie on znaczy. Opowiadałam mu o swoich planach, o znalezieniu domu, wybudowaniu własnej stajni i założeniu rodziny. Skończyłam uśmiechnięta i rozpromieniona, a Devil spokojnie zwolnił rozluźniając się cały.
- Mój champion. – poklepałam go po mokrej szyi i czekałam aż odpocznie. Pogoda była piękna. Co prawda grzało jak cholera i byłam cała mokra od potu, to cieszyłam się, że to na słońce narzekam, a nie na deszcz. Deszcz kojarzy mi się z dzieciństwem, a to wiąże się z samymi złymi wspomnieniami.
Wzięłam Devina od razu pod zimny prysznic i przy okazji sama siebie całą zmoczyłam. Ogier się otrzepał mocząc mnie już całkowicie. Roześmiałam się i stwierdziłam, że należy mu się kąpiel. Nalałam szamponu do wiaderka i spieniłam gąbkę. Wcierając płyn w mokrą sierść Devila sama siebie też napieniłam. Głupek co jakiś czas mnie skubał samymi wargami, a gdy myłam jego pysk parsknął mi prosto w twarz.
- Devil! – wytarłam się ręką, ale to było głupim pomysłem, bo miałam pianę w oczach. – Cholera. – na oślep szukałam ręcznika i przy okazji rozlałam wiaderko z wodą. – Cholera razy dwa! – nareszcie trafiłam na szmatkę i wytarłam oczy. Gdy podniosłam powieki ujrzałam potężną posturę stojącą przede mną.
- Kąpiel? – pokazał na pianę na moim ciele. Byłam cala biała. Zachichotałam cicho.
- To wszystko przez niego. – pokazałam na ogiera, który przyglądał nam się z rezerwą. Staliśmy jakieś 5 metrów od niego.
- Jak jazda?
- W porządku. Nigdy na nim jeszcze nie jeździłam tak szybko. Miałam wrażenie, że cały czas przyspiesza. – uśmiechnęłam się na wspomnienie tego uczucia wolności.
- Za 4 dni zawody. Na pewno chcesz jechać? Bo zapisuję dzisiaj zawodników. – ahh.. więc to dlatego tutaj przyszedł… Głupia! Łudziłam się, że może przyszedł, żeby tak po prostu porozmawiać… przecież on jest moim trenerem! Wyprostowałam się i otrzepałam z piany.
- Chcę jechać. Pojedziemy N, albo C. Nie liczę na wygraną, bo my jeździmy wolno parkoury, ale chodzi o samą atmosferę i przygotowanie Devila.
- Zapiszę Cię i na N i na C. – przytaknęłam i wróciłam do konia. Wiedziałam, że nie pójdzie za mną. Wzięłam wąż i opłukałam starannie konia, a potem siebie.
Żeby wyschnąć, wybrałam się z Devilem na spacer po łące. Dawno nie był na pastwiskach… dlatego właśnie nienawidzę sezonów na zawody. Konie nie mogą chodzić na padoki, bo sobie coś zrobią, konie muszą magazynować energię, żeby potem przelać ją na treningach blah blah blah! Devil pasł się koło mnie, gdy się położyłam na trawię i zaczęłam się opalać. Trzeba korzystać z pogody, prawda?
Czas minął szybko i nim się obejrzałam już był wieczór. Devil dostał kolację, a ja mogłam wrócić do domu. Wzięłam długi prysznic, a potem zrobiłam sobie w białej kuchni kolację z mrożonych warzyw. Gdy byłam już najedzona napisałam meila do mojego prawnika z planami na przyszłość i prośbą o spotkanie, a potem położyłam się spać. Jutro rano trening, całkiem inny niż zazwyczaj. Jutro będzie trening na szybkość.