Jo – rozdział czwarty.

Dawid jakby gotowy na to, co miałam zamiar zrobić, chwycił mnie w pasie i przyciągnął bliżej siebie tak, że oddzielała nas tylko warstwa mojego swetra. Pocałowałam go, a on odwzajemnił.. i to jak! Chwyciłam go za ramiona jakbym bała się go puścić, a on błądził dłońmi po moich plecach. Lecz to jego usta wyczyniały cuda na moich wargach. Boże ten facet potrafił całować. Nie był delikatny. Wręcz przeciwnie. Wydawał się wygłodniały, tak samo jak ja. Odwzajemniałam dotyk i dawałam mu wszystko co mogłam dać, a gdy poczułam jak rośnie przy moim brzuch prawie straciłam panowanie nad sobą. Jedyne co mnie otrzeźwiło to gdy moje błądzące ręce trafiły na opatrunek.

- Dawid. – wyszeptałam przy drżącym wydechu i lekko się od niego odsunęłam zanim otwarłam oczy. Patrzył na mnie tak intensywnie, że mimowolnie zadrżałam i przygryzłam wargę. Śledził ruch moich warg i zacisnął mocno szczękę. – Boże. – wydostało się z moich ust westchnie, na co Dawid się uśmiechnął i jeszcze raz mnie pocałował tylko teraz delikatnie i tak słodko, że zakręciło mi się w głowie.

- Cudowna. – szepnął kiedy jechał wargami od moich ust do szczęki, a potem na szyję. O Boże! Jęknęłam i zacisnęłam ręce na jego ramionach wbijając mu paznokcie w skórę. Na to wyprężył się w moją stronę i czułam jak z jego gardła wydobywa się dudniący warkot. Jezu! Jeżeli dalej tak pójdzie wylądujemy tutaj na ziemi, uprawiając prawdopodobnie najlepszy seks w moim życiu!

- Dawid. – teraz mój głos był bardziej zdecydowany. – Jesteś ranny.

- Ja się tak nie czuje. – roześmiałam się, ale mój śmiech przeszedł w jęk, kiedy przyssał się do skóry tuż pod moim uchem.

- Nie. Jedziemy na pogotowie.

- Będziemy musieli jechać na pogotowie jeżeli karzesz mi przestać i nie z powodu mojej rany. – mruknął całując ścieżkę w dół mojego dekoltu. Jeżeli będzie dalej tak robił to rozpadnę się na jego kolanach!

Szybko wstałam odrywając się od jego mocnego uścisku i odwróciłam się do niego tyłem. Musiałam się uspokoić. Wdech, wydech. Jezu!

Jednak zesztywniałam kiedy poczułam jego ręce na moich biodrach, a potem jego brzuch na moich plecach.

- Jedźmy. – otarł swoim lekkim zarostem bok mojej szyi, a ja zadrżałam tak mocno, że musiałam się chwycić jego rąk, żeby nie upaść. Wydałam z siebie cichy świst gdy wciągałam powietrze przez zaciśnięte zęby. Dawid się roześmiał, ale mnie puścił i gdy się obróciłam do niego przodem już ubierał koszulkę. Nie uszedł mojej uwadze kolejny grymas bólu na jego twarzy i pogratulowałam sobie, że zdołałam się od niego oderwać.

Chwycił mnie za rękę gdy prowadził mnie do samochodu, a potem jak gentelmen otworzył drzwi, a gdy zajęłam miejsce za mnie zamknął. To był naprawdę słodki gest. Wiedziałam, że rumieńce goszczą na mojej twarzy, ale miałam to gdzieś.

Puścił mi oczko zanim ruszył, a gdy się uśmiechnęłam do okna to położył rękę na mojej nodze i ją ścisnął.

- Będziemy musieli porozmawiać. – powiedziałam cicho gdy jechaliśmy w stronę pogotowia.

- Rozmawiamy. – spojrzałam na niego spod oka.

- Wiesz o co mi chodzi. – wywrócił oczami, ale nie oponował. Wzięłam głęboki wdech. – Podobasz mi się i nie zamierzam tego ukrywać. Pójście z tobą do łóżka na pewno będzie czymś nie zwykłym, ale nie chcę, żebyśmy zachowywali się jak para zakochanych.

- Czyli mam rozumieć, że chcesz ze mną pójść do łóżka, ale po za tym to nie? – wydawał się szczerze zdumiony.

- Możemy być przyjaciółmi.

- Przyjaciółmi do łóżka? – zaczęłam się coraz bardziej denerwować. – Nie powiem, żeby mi nie odpowiadał taki układ, ale Jo, nie pasujesz do związku bez zobowiązań. – uniosłam brew.

- To powinnam żądać od Ciebie pierścionka, stabilizacji i zamieszkania razem? – pokręciłam głową bo taki układ w ogóle nie brałam pod uwagę. – Nie chcę tego. Możemy zostać przyjaciółmi, możemy chodzić razem do łóżka…

- Ale nie chcesz, żeby ktoś z boku widział, że jesteśmy razem? – wydawał się, że jest urażony, a mnie zaczęło dręczyć poczucie winy, bo naprawdę tego nie chciałam, ale z innych powodów niż on sobie wyobrażał.

- Dawid… – nie zauważyłam, że już zaparkowaliśmy pod szpitalem, ale przerwałam, gdy wyskoczył z samochodu i jakby nigdy nic wyciągnął mnie na zewnątrz.

- Zgadzam się na ten chory układ, ale nie obiecuje, że będę się go trzymał. Zależy mi na tobie Jo. I chcę być kimś więcej niż tylko kolejną kreską nad twoim łóżkiem. – to wyznanie sprawiło, że otwarłam szeroko usta.

- Naprawdę sugerujesz, ze zmieniam facetów jak skarpetki? – to mnie szczerze wkurzyło. Miałam ochotę go uderzyć. Mocno. W krocze.

- Nie o to mi chodzi. – zacisnęłam zęby. Kurna zabolało to.

- Nie martw się. Moja deska nad łóżkiem jest od jakiegoś czasu pusta. I najwyraźniej taka zostanie. – ruszyłam w stronę szpitala, ale nie zrobiłam dwóch kroków, a Dawid mnie złapał za ramie i przyciągnął do siebie.

- Tak się poczułem Jo. – powiedział cicho.

- Nie zrobiłam nic, co mogłoby sugerować, że jestem dziwką, a najwyraźniej ty tak to odbierasz.

- Jocelyn! – wykrzyknął zaskoczony, ale za chwile się uspokoił. – Przepraszam. Źle wszystko zrozumiałem. Tylko nie rozumiem dlaczego tylko tego od nas – pokazał przestrzeń między nami. – oczekujesz. Dałbym Ci więcej. – końcówkę szepnął przytulając mnie. Byłam zła, ale po za tym to przeraźliwie smutna. Ale nie dlatego, że jemu nie pasuje to co zaproponowałam, tylko dlatego, że gdybym mogła to bym wszystko zrobiła, żeby być w normalnym związku. Ale to się nie stanie. Nie mogę do tego dopuścić.