Danielle rozdział trzeci

- Co? – gęste brwi Michaela wystrzeliły do góry, a ona wróciła do poprzedniej pozycji i zamknęła oczy głaszcząc delikatnie trawę.
- Jest tam starszyzna, których potrzebuję. – słyszała i czuła jak jego potężniejsze niż kiedyś ciało się podnosi.
- Ilu potrzebujesz wojowników. – podniosła gwałtownie powieki. Powiedziała mu to, ze względu na przeszłość, a nie dlatego, że on ma jej pomóc.
- Idę sama. – mówiła dalej spokojnym głosem.
- Danielle, jeżeli nie przyjmiesz mnie i żołnierzy, ruszymy wszyscy. – zacisnęła zęby, a to było jej jedyną oznaką zdenerwowania. Michael się zmienił. Słyszała ostrzegawcze i nie wyrażające sprzeciwu nuty w jego głosie.
- Wyślesz wtedy ludzi na pewną śmierć.
- Więc nie karz mi tego robić. – podniosła głowę i spojrzała w jego piękne, a teraz zmęczone oczy. Były koloru czystego nieba. Kiedyś je kochała.
Powoli się podniosła żałując, że nie może dłużej odpocząć.
- Więc zwołaj naradę z władzami miasta. – powiedziała i wiedziała, że teraz nie ona sama decyduje co będzie później. Tak gdy potrzebowała mocy i jej oczy zmieniały kolor, czuła obecność poprzedniej Bogini, tak teraz już nie sama będzie rozmawiać z ojcem i resztą.
Michael skinął głową i ręką wskazał budynek z szklaną kopułą. Po staremu – pomyślała i ruszyła razem z nim. Jej oczy powoli zaczęły zmieniać barwę, sugerując, że w jej ciele nie ma już tylko jej duszy.

Gdy otworzył przed nią wysokie i ciężkie drzwi zrozumiała, że weszła w środek narady. Idealnie. Rozmowy ucichły, a siedzący wokoło pomieszczenia dowódcy poszczególnych formacji wlepili w nią wzrok. Michael wprowadził ją na środek, a potem podszedł do mojego ojca, który patrzył się na mnie z bólem w oczach.
- Powinnam od razu wytłumaczyć pewne… nieścisłości. Miałam nadzieje, odzyskać siły i odejść, jednak myślę, że przyda mi się pomoc. – chrząknęła wiedząc, że nie mówi teraz sama. – Jestem Danielle, córka Theodora, ale też jestem Minerva córka Pyrrusa. Czuje obecność Bogini tak samo jak Ellie i Ripley. Tylko, że one nie w takim stopniu. – pospieszyła z wytłumaczeniem, gdy w pomieszczeniu rozległy się szepty.
- Kiedy się to zaczęło? – zapytał ochrypłym głosem Theodor.
- Co się zaczęło?
- Opętanie. – Bogini się zaśmiała, wiec Danielle też, ale cicho i bez humoru.
- To nie jest opętanie. To dar. – wyprostowała się mocno. – Mam zadanie do wykonania. Bogini nie udzieli mi odpowiedzi na pytania więc muszę udać się z nimi do mnichów.
- Wszyscy zginęli… – chciał sprostować jakiś mężczyzna, ale mu przerwała.
- Nie. – jej wzrok płonął. – Żyją i są uwięzieni, a ja po zachodzie słońca ruszam ich stamtąd wydostać. Bez lub z waszą pomocą. – wszyscy się ożywili.
- Danielle… potrzebujemy odpowiedzi. – westchnął Theodor.
- Dostaniecie je w swoim czasie. – jej głos był przytłumiony, a w pomieszczeniu zrobiło się duszno. Musieli czuć respekt do Bogini i Danielle to rozumiała, ale czuła dziwny ucisk, gdy niegdyś jej rodzina się jej boi.
- Zbierzemy grupę do wydostania więźniów. – wtrącił się Michael.
- Zgadzam się. – poparł go pierwsze ojciec, a potem reszta obecnych. – Czego potrzebujesz? – W chwili gdy biel zaczęła znikać z jej oczu, ona podeszła do wiszących na ścianie map.
- Potrzebuje dobrych smoków. Najszybszych i najciszej poruszających się. Ale pierwsze pokaże jak działa system w Piekle. – wycedziła ostatnie słowo przez zęby, a potem zerwała północną część kraju ze ściany ignorując protesty i rozłożyła wielki papier na ziemi. Dowódcy się zbliżyli, gdy klękła. – Tutaj jest podwójny mur. – chciała to narysować, ale nie miała mazaka… do póki nie podał jej Michael. Nie popatrzyła na niego tylko zaczęła kreślić. Tak dziwnie mieć tak prosty przyrząd w ręce  – pomyślała rysując pierwszą kreskę. – W nim są tunele, które znam jak własną kieszeń. Często są warty, ale w tunelach da się schować, a podzielę was na dwie drużyny. Maks 6 osób może iść ze mną. Pierwsza grupa pójdzie tędy. – kreśliła, tak aby pokazać wstępny zarys tunelów i jeszcze długo planowali całą akcję.

Wstała z gotowym planem i dopiero wtedy podniosła wzrok na ojca. W jego oczach kręciły się łzy, ale ona nie dała poznać jak na nią to zadziałało.
- Kiedy wyruszacie?
- O zmierzchu na dziedzińcu się spotkamy. – spojrzała na Michaela, a on skinął głową. Wiedziała i czuła, że mężczyźni chcą zostać sami wiec odwróciła się na pięcie i wyszła z budynku.
Gdy szła ludzie oglądali się za nią, a matki poganiały dzieci, byle by być daleka od niej. Nie czuła urazy, wiedziała, że tak musi być. Skierowała się do pokoju w którym leżała wcześniej i zauważyła, że ktoś pościelił łóżko, a na fotelu w rogu, na którym siedział Michael są ułożone skórzane ubrania. Włożyła czarne spodnie i obcisłą koszulkę, a gdy spojrzała na maskę zacisnęła zęby. Chciała odpocząć po tym wszystkim, ale w głębi duszy wiedziała, że czeka ją jeszcze gorsze.
Zjadła część przyszykowanego posiłku który przyniosła młoda dziewczyna, a resztę zapakowała do torby którą przerzuciła sobie przez ramię, tak samo liczną ilość opatrunków.
Wyszła na dwór i od razu skierowała się do bramy miasta. Płynnie bez świadków przeszła przez nią i kucnęła przy ziemi. Musi zebrać moc. Przepraszając Matkę Naturę pobrała życie z zieleni otaczającej ją, a potem z powietrza  i deszczu ale nie mogła skorzystać z ognia, którego nie było. Wróciła do Everodu, kiedy zaczęło się ściemniać. Zarzuciła kurtkę na ramiona, poprawiła torbę, a maskę wcisnęła do kieszeni. Jeszcze tylko włosy…

- Proszę. – odwróciła się w stronę powoli zbliżającej się Ellie. Trzymała w ręku gumkę do włosów. Danielle zauważyła, że dopiero co ściągnęła ją ze swoich. A więc to pretekst – pomyślała. Kiedyś jej siostra była bardzo nieśmiałą dziewczyną, więc teraz widzi, jakie postępy zrobiła.
- Nie chciałam was skrzywdzić Ellie. – wiedziała, że siostry przeżywają incydent z obrony miasta.
- Wiem. Zrozumiałyśmy to po chwili. Phoebe jest zła, bo sama chciałaby coś takiego zrobić, a ja się trochę boje. – wzruszyła bezradnie ramionami, a jej się zrobiło żal siostry i poczuła lekką chęć pocieszenia dziewczyny. Automatycznie się opanowała.
- W was drzemie dużo mocy. Musicie się nauczyć z niej korzystać.
- Pomożesz nam? – to pytanie ją tak zaskoczyło, że nie wiedziała co odpowiedzieć.
- Nie mogę Ci tego obiecać Ellie. – drobna blondynka pociągnęła nosem, smutno się uśmiechnęła i pokiwała głową.
- Rozumiem Danielle. Tęskniliśmy. – powiedziała to pierwsza z wszystkich których spotkała. To ją tak wzruszyło, że nie mogła się przez chwile ruszyć. Związała szybko włosy w warkocza, schowała go za kurtkę i podeszła do zbierającej się kupki.
Michael podobnie jak reszta obrani byli w elastyczne czarne ubranie.
- Zmieńmy się, a potem kierujcie się za mną. Będziemy musieli pareset metrów przed murami  z powrotem wrócić do ludzkiej postaci, ale wcześniej będziemy lecieć nisko, tuż nad drzewami. Macie pytania? – mężczyźni pokręcili głowami, a potem się rozproszyli bo wielkim, pustym dziedzińcu. Ludzie obserwowali spod budynków, jak przygotowują się do zmiany, a gdy ona pierwsza zmieniła postać usłyszała ciche westchnienia i komentarze. Była jedynym białym smokiem który istniał, a to wszystko dzięki obecności Bogini. Wcześniej nie potrafiła się zmieniać. Miała nauczycieli, pomagał jej ojciec, Michael… Na nic. A teraz? Potrafi zmienić postać w sekundę.

Spojrzała na towarzyszy. Michael był srebrno granatowym smokiem który zawsze wywoływał u niej niesamowity zachwyt. Promienie słoneczne odbijały się od łusek niczym lustra, a kolce na ogonie i głowie potwierdzały, że jest śmiercionośnym stworzeniem. Tak jak zęby i szpony. Wzdrygnęła się i spojrzała na bok w który wbiła się maczuga od ogona Demona. Nie miała tam łuski. Brak tarczy narażał ją na niebezpieczeństwo, ale nie przejęła się tym.
Wystrzeliła do góry, a za nią z powarkiwaniem reszta grupy. Od razu nabrała prędkości, a gdy dolecieli do granicy Everodu, obróciła się do nich przodem. Miała doskonale opanowaną umiejętność latania, jednak nie zdobyła jej podczas spędzania czasu w powietrzu, tylko to była kolejna zasługa Bogini.
Patrząc na grupę przepłynęła przez tarczę, a potem obserwowała jak wszystkie smoki robią to z ostrożnością i zaskoczeniem. Michael skinął potężną głową, a ona ruszyła dalej obniżając lot.
Deszcz ustał, a wiatr zwolnił. Jedynie chłód był przeszkodą dla delikatnego uzbrojenia Danielle, ale ignorowała to. Było bardzo ciemno, a mgła nie pomagała im lecieć nad drzewami, lecz biel jej łusek był pewnego rodzaju oświetleniem. Mogła się maskować, jednak teraz nie było to potrzebne. Wyczułaby gdyby w okolicy ktoś był, ale nie ośmieli się podnieść lotu, dlatego ciągle przecinając mgłę brnęli przed siebie.

Droga trwała większą część czasu, a gdy docierali na miejsce zwolniła i poruszała się w powietrzu dając do zrozumienia, że dolatują. Zniżyła lot i zwinnie wylądowała na mniejszej polanie. Zmieniła się od razu i zrobiła miejsce dla reszty. Każdy po kolei zmieniał postacie i podchodził do niej, gdzie sprawdzała zapasy dla więźniów i spojrzała do góry na mór który był jej niczym wrota do piekieł. Odruchowo się spięła i zapragnęła tak bardzo uciec, że prawie nie zapanowała nad ciałem które już się kierowało do ucieczki, ale szybko zganiła się w duchu. Nie przyszła tu, żeby dać się złapać.
Zarzuciła torbę na ramię, założyła maskę wiedząc, że tam jej nikt nie może rozpoznać i wskazała głową w którą stronę mają się udać. Droga pieszo też trwała trochę czasu, ale za ten czas zebrała jeszcze trochę mocy gdy dotarli do tunelu. Zacisnęła ręce na pasku do torby i weszła do ciemności. Wiedziała, że Michael idzie za nią, a z nim jego zastępca, natomiast pozostała czwórka udała się do pozostałych lochów. Oni mieli trudniejsze zadanie.
Przed nimi wyłoniło się trzech Loretonidów nie świadomych ich obecności, ale musieli się ich pozbyć, bo inaczej dotarli by do reszty grupy. Chciała zaatakować, ale coś ją pociągnęło do tyłu, a po chwili zrozumiała, że to Michael. Schował ją za siebie – pomyślała zdumiona, ale po chwili i tak ona wzięła się za obrzydliwych demonów. Gdy pokonali trójkę w ciszy posłała złe spojrzenie Dowódcy wojsk i go wyprzedziła energicznym krokiem. Dotarli do lochów.
Gdy poczuła smród zgniłego mięsa, amoniaku z moczu i odchodów odruchowo się cofnęła wpadając na towarzyszy. Coraz trudniej było jej iść do przodu. Zakryła maską usta i weszła do korytarzu między celami. Złość najpierw bardzo nagle ją ogarnęła, a potem gdy zobaczyła więzionych wyparowała i ustąpiła miejsca rozpaczy. Pobiegła do pierwszej celi w której leżał przykuty nagi mężczyzna. Był już stary i słaby, ale gdy na nią spojrzał z łzami w oczach wiedziała, że musi go wydostać tak jak wszystkich i nie istniał dla niej żaden inny scenariusz. Poczuła, że Michael zajął się z jego zastępcą pozostałymi dwoma mnichami, gdy ona z czułością pomagała się podnieść Mikasowi. Wsparła go na ramieniu i bez słowa wyprowadziła z celi, w tym momencie co zrobili wojownicy. Oni mieli dwóch staruszków przerzuconych przez ramiona i chciała też tak zrobić, żeby nie sprawiać więcej cierpienia Mikasowi, ale była zbyt drobna, żeby tego dokonać. Powoli przemieszczali się przez korytarz, kiedy usłyszeli krzyk. Cholera! Loretonidzi zauważyli puste cele! Zrywając się z miejsca praktycznie ciągnęła mnicha po ziemi, gdy nagle ktoś jej pomógł. Michael biegł obok niej zawieszając rękę staruszka na swoim wolnym ramieniu. Biegli szybko i dotarli do wyjścia z groty. Na zewnątrz czekała już pozostała czwórka z dwiema starszymi kobietami i młodszymi mężczyznami. Nie było czasu na zastanawianie się.
- Zmieniamy się. – szepnęła. Przybrała postać smoka, wzięła mnicha do potężnej łapy, a potem szybko wzbiła się w powietrze automatycznie przyspieszając. Musiała znaleźć drogę, żeby im uciec, a także, żeby szybko wylądować i  opatrzyć rannych. Muszą dotrwać do końca! Szóstka trzymała się jej, kiedy usłyszeli wrzask smoków. Danielle się odwróciła i zauważyła wkurzone bestie w powietrzu. To są zwierzęta, nie demony. Kieruj się instynktem – powtarzała w myślach i patrząc się na Michaela przekazała mu wiadomość, żeby się rozdzielić. Nie wiedziała czy to zrozumiał, ale gdy ona gwałtownie skreśliła reszta zrobiła to w inne strony. Czując jak podchodzi jej żołądek do gardła obejrzała się i na całe nieszczęście dwójka potężnych smoków ruszyła za nią.