Danielle rodział drugi

W locie zmieniła postać w potężnego białego smoka i utrzymując prędkość chwyciła bestię za szyję, a potem rzuciła nim jak lalką o drzewa. Czuła, że ludzie postępują podobnie jak ona. Teraz walka zmienia podłoże. Loretonidy rzuciły się na smoki ,a ona starała się odciągnąć demona od żołnierzy. Chciała sama z nim skończyć, a teraz Pan kierował się instynktem a nie sprytem. Ona panowała nad odruchami , ale on nie. Mogło to być przydatne, ale też zwiadowcze. Nie myśląc o swoim zdrowiu wybiła się w powietrze, pociągając wroga za sobą. Zaczęli kolejny taniec.

Wdrapała się na jego oślizgłe łuski, uczepiła się go szponami, a potem wbiła zęby w mniej otoczoną tarczami szyję. Wrzask smoka ogłuszył dźwięk burzy. Zacisnęła powieki i ignorowała potężny ból całego ciała. Była wykończona. W jej głowie pojawiła się myśl, żeby odpuścić i zakończyć cierpienie, ale nie mogła na to pozwolić. Ona sama była zbyt wartościowa, ale też ludzie pokładali w niej zbyt wielkie nadzieje. Póki co musiała zabić bestię.

Wypuściła jego szyję dopiero gdy spadając zbliżyli się niebezpiecznie blisko ziemi. Czarny demon zaczął spadać, a ona skupiona na utrzymaniu pozycji w powietrzu nie zauważyła, gdy smok uczepił się jej łapy. Obaj runęli na okrytą drzewami ziemię.

Podniosła się szybko i choć jej się kręciło w głowie, a wzrok mąciła krew, utrzymała pozycję i nasłuchiwała ruchów przeciwnika. Ujrzała ruch nad sobą i niczym drapieżnik rzucający się na zdobycz puściła instynkty smoka, oraz swoje. Jak partnerzy chwycili Pana w potężne objęcia i wyrzucili w powietrze, a potem ruszyli za nim. Smok zmierzał w stronę walki. Uciekał przed nią lecąc do miejsca gdzie był poprzednio. Chce się zmienić – pomyślała i przyspieszyła gwałtownie ignorując palenie całego ciała. Ból prawie odbierał jej możliwość racjonalnego myślenia, ale leciała dalej.  Ujrzała okazję, gdy demon zaczął obniżać lot. Dała nura w dół, chwyciła się go niczym deski, a potem ugryzła już częściowo rozszarpaną szyję. Musiała ścisnąć go mocniej, albo przekręcić lub też…

Ale przerwała gdy poczuła tak silny ból w kręgosłupie, że zawyła w niebogłosy. Maczuga na końcu ogona. Zapomniała o tym. A teraz traciła przytomność… Czuła jak czerń zsuwa jej się na oczy, ale zdążyła zrobić ostatni ruch. Ścisnęła mocniej szyję i przekręciła, a gdy usłyszała trzask, puściła bezwładne ciało wroga. Upadła zaraz po nim ciężko dysząc i drżąc. Resztkami sił zmieniła postać powrotem w drobną brunetkę odzianą w skórę, a potem czując pod sobą dudnienie ziemi zapadła w czerń obiecującą spokój.

 

Płynęła… nie! Fruwała! Bez żadnych obciążeń, bez żadnych problemów unosiła się w powietrzu jakby nic nie ważyła i nic nie trzymało jej na ziemi. A jednak zobaczyła pewien obraz. Zobaczyła siebie leżącą na wielkim czarnym łożu, a wokół niej latali nieznani jej ludzie. Oprócz mężczyzny siedzącego w rogu pokoju, obserwującego wszystko.

Nie był to jej ojciec. Był to jej kochanek, przyjaciel, mąż. Którego niegdyś kochała. Ten widok poruszył ją do głębi. Mężczyzna był wielkiej postury, miał koło 190 cm wzrostu, przystojną, pociągłą twarz i lekki zarost, a cienie pod oczami sugerowały, że nie spał. Michael – usłyszała głos w głowie, a potem zaczęła spadać krzycząc i płacząc. Nie chciała wracać.

 

Gwałtownie podniosła się do pozycji siedzącej powodując poruszenie w pokoju. Wokół niej zgromadził się tłum ludzi, a każdy coś mówił. Zacisnęła powieki czując jak jej serce szybko bije. Jakby miało zaraz eksplodować. Powietrze w  pomieszczeniu zgęstniało, a rozmowy i krzyki ucichły. Czuła napięcie w całym ciele i siedząc w bezruchu studiowała każdą ranę zadaną przez tego drania. Blizny zostaną na zawsze – stwierdziła jak po każdej walce, ale te nie są jak poprzednie. O Bogini i co ona teraz ma zrobić?! Podniosła powieki i rozejrzała się. W pokoju nikogo nie było.  Tak głęboko tkwiła w zadumie, że nie czuła i nie słyszała niczego. Wróciła wzrokiem i przekonała się, że nie jest sama.

Michael. Stał na końcu łóżka i przyglądał jej się bez wyrazu. Jak to on zwykł robić, kiedy był zły. Nienawidziła tego u niego. Ale to było kiedyś. Teraz ona też potrafiła beznamiętnie przyglądać się wszystkiemu, ale nagła myśl zajęła jej myśli. Otwarła szeroko oczy i zerwała się z łóżka jak oparzona. Jednak to się nie okazało dobrym pomysłem bo zachwiała się jak liść i upadłaby gdyby nie silne, tak bardzo znajome jej ramię.

- Danielle. –niski szept wydobył się z gardła jej byłego kochanka. Zacisnęła powieki otaczając się murem i wyrwała się mu z objęć próbując zapanować nad furią i strachem. Kretyni. Nie odezwała się słowem tylko szybko i sprawnie opuściła pokój i ruszyła w głąb korytarza, czując jak biała mgła zasłania jej widok. Wiedziała, że znów wyczerpie swoje siły, ale musiała naprawić błąd całego miasta. Wybiegła z budynku który kiedyś był jej domem i nie zwalniając weszła na środek dziedzińca – centrum Everodu. Pod nią kafelki były ułożone w specyficzne trzy okręgi, a ona stała po środku największego. Potrzebowała pomocy jej sióstr. Wiedziała, że one również są obdarzone podobnymi mocami co ona, jednak nie sądziła, że otrzyma wsparcie, więc sama starała się je sprowokować. Zacisnęła powieki słysząc szepty. Jej umysł z szybkością światła opanował potężne miasto, jedyne na ziemi zamieszkałe przez ludzi i skupiła się na jego ochronie. Zajmie jej to dużo czasu i siły, ale wiedziała, że jest to jej obowiązek. Czuła, że ktoś chce wejść na jej okrąg więc podniosła powieki i białymi jak śnieżnobiałe płatki źrenicami nakazała cofnięcie się ojcu. Musiała zakończyć rytuał. Czuła przypływ mocy z dwóch stron i dopiero po chwili zorientowała się, że nie jest sama. Dwie blondynki nadeszły i zajęły swoje miejsca. Teraz one nie panowały nad swoimi ciałami. Robiła to moc, jednak Danielle była niczym bogini i umiała zapanować nad narzucanymi przez naturę rozkazami. Teraz ona kierowała sobą i siostrami. Wzięły w trójkę wdech kumulując płomienie przepływające przez ich ciała i jednym potężnym ruchem ciała wbiły je w ziemie powodując gwałtowne trzęsienie. Ludzie zaczęli krzyczeć, a z budynków posypały się dachówki, jednak nie mogły przestać. Wzięły kolejny wdech i z wydechem pchnęły falę tym razem wody która rozpłynęła się po podłożu, a na zakończenie terenu miasta wzbiła się do góry formując klosz. Za mało mocy – pomyślała i zaciskając zęby ze zmęczenia i bólu pchnęła wiatr do uniesienia tarczy wyżej. Dalej za mało. Dwie siostry, Boginie padły na ziemie zemdlone, a ona ostatnią resztką mocy, ale nie siły uniosła się do góry i razem ze grzmotem i piorunem wybiła ziemię w niebo, tak że zasklepiła wszystkie krańce kloszu.

Wszystko ucichło, a ochrona zaczęła stawać się nie widoczna dla ludzi. Moc zupełnie opuściła ją, tak samo jak dwie kobiety leżące obok niej. Uklękła chwiejąc się i przyłożyła ręce do ziemi. Pomodliła się do natury dziękując za pomoc, a potem przywróciła świadomość boginiom.

Zerwały się jak oparzone z ziemi cofając się patrzyły na nią z przerażeniem.

- Coś ty nam zrobiła?! – wykrzyknęła Ripley. Ripley… – pomyślała. Ellie i Ripley. Pamięta ich imiona. Powoli podniosła się z ziemi i ignorując obelgi, komentarze i wołania ruszyła w stronę końca miasta. Musiała zobaczyć, czy ochrona jest gotowa. Była wyprana z mocy i czuła się… bezbronna… na tą myśl, zadrżała, ale wiedziała, że trochę odpocznie i wyniesie się jak najszybciej. Musi wymyślić plan. Wiedziała, że pokonując Pana demonów, nie zniszczy rozprzestrzeniającego się zła. Wiedziała, że jest ktoś nad nim, ale nie mogła teraz o tym myśleć. Ważniejsze jest to, że Ci głupcy, którzy narazili się zabierając ją do siebie teraz muszą być bezpieczni. Nie wiedzieli, że ona nie kamuflując się wyzwala taką energię, że mogła ściągnąć Loretonidów nie informując  ludzi przy tym. A oni zginęli by bez wcześniejszego przygotowania. Głupcy. Podeszła do niewidzialnej bariery, którą ona wyczuwała i wyciągnęła rękę. Ściana się poruszyła i wydała głuchy dźwięk, a potem jej dłoń przeszła przez nią i zniknęła. Stała się niewidzialna.

- Co to jest? – nie odwróciła się słysząc władczy ton jej ojca. Nie odezwała się też, tylko powoli przeszła przez barierę pokazując mieszkańcom, że mają zostać w miejscu. Po drugiej stronie niebo ściemniało, wiatr był potężny i stroszył niebezpiecznie drzewa, a powietrze oziębło o parę stopni. Przyjrzała się ochronie i stwierdziła zadowolona z rezultatu, że jeżeli przybędzie tu jakiś Loretonid to przepłynie przez miasto nawet o tym nie wiedząc, a tym czasem ona wróciła pojawiając się z nikąd w ciepłym zakątku Everodu. Przy przejściu zgromadziła się teraz duża grupka i przyglądała się jej. Kiedyś by się speszyła i uciekła, a teraz trzymała wzrok rodziny i władzy, tak długo dopóki nie skończyły się pytania na które by nie odpowiedziała. Sama musiała wygłosić monolog, a potem po prostu stamtąd odejść. Wzięła głębszy wdech.

- Dokonaliście niemądrego czynu przyprowadzając mnie nieprzytomną, nieskłonną do obrony do waszego miasta. Ściągało to na was wrogów. Gdybym nie założyła ochrony za dzień lub dwa zjawili by się tu Loretonidzi i ich Właściciele. Nie zauważyliście zmiany pogody? – podniosła rękę do góry pokazując bezchmurne niebo. – TO nie jest normalne. Demony by się zorientowały. Musiałam skorzystać z mocy waszej. – popatrzyła beznamiętnie na jej siostry, które były zalane łzami. Nie wiedziała dlaczego płakały. – Teraz jesteście bezpieczni. Nabiorę sił i mocy i wyruszam dalej, ale ochrona zostanie. – już chciała odejść, ale zatrzymało ją pytanie Michaela.

- Gdzie pójdziesz ? – nie wiedziała co odpowiedzieć, bo nie miała na to odpowiedzi. Więc tylko wzruszyła zbywająco zesztywniałymi od bólu ramionami i ruszyła przed siebie. Wiedziała, że wszyscy się za nią rozproszyli tłumacząc, że ona potrzebuje czasu i spokoju, oczywiście po za Michaelem. Czuła, że idzie za nią, choć tego nie chciała, ale miała tak opanowaną sztukę spokoju, że nic nie zaburzy jej chłodu. Usiadła w cieniu pod starym dębem gdzie kiedyś bawiła się jako dziecko i zaczęła obserwować. Teraz zauważyła jak wiele się zmieniło w mieście. Kiedyś to była ruina po najeździe Loretonidów, a dziś społeczność trzyma się naprawdę dobrze. Budynki są odnowione, dachy naprawione, a roślinność wypielęgnowana. Oczywiście blizny pozostają, bo widziała, że zewnętrzne strony miasta są w gorszym stanie, ale zauważyła też, że wzrosła ilość dzieci. Były wszędzie. Cieszyła się z tego. Nowe pokolenia dają nową szanse. Westchnęła i oparła się o drzewo, a dopiero po chwili zrozumiała, że nie jest sama. Michael siedział obok niej, przyglądając się ludziom. Był przywódcą wojsk ,a kiedyś był początkującym żołnierzem. Wbrew sobie czuła dumę.

- Dokąd masz zamiar się udać ? – zadał pytanie płynnym językiem. Zamknęła oczy i odchyliła głowę. – Danielle, wiesz, że możesz liczyć na naszą pomoc. To my zaatakowaliśmy Loretonidów. Mamy dość życia w strachu. – A więc to tak naprawdę oni dali jej szanse na ucieczkę. Podniosła powieki i spojrzała na niego. Patrzył się prosto w jej oczy, tak jakby chciał zajrzeć do jej duszy. Kiedyś może to potrafił, ale nie teraz.

- Musze wrócić do więzienia.